niedziela, 21 grudnia 2008

PIEŚNI SZAMANEK z BURIACJI


To niezwykła płyta! Ma zaledwie 21 minut a jest jedną z moich ulubionych. Dźwiękowo to zapis obrzędu kobiecego jaki wykonały starsze panie z Buriacji... w Zakopanem. Śpiewy odbyły się w Galerii Sztuki im. Włodzimierza i Jerzego Kulczyckich w Zakopanem, pod koniec sierpnia 1994 roku. Szamanki były częścią większej artystycznej delegacji na Festiwal Ziem Górskich ale w Galerii zaśpiewały niejako "poza konkursem", pewnie z wdzięczności za miłe przyjęcie ale także dlatego, że w zbiorach panów Kulczyckich dominują fantastyczne kobierce, tkaniny i dywany z Azji Środkowej. To trochę tak jak z Muzeum "manggha" w Krakowie, gdzie znajdują się japońskie zbiory polskiego szlachcica, a głównie unikalne (także dla Japończyków) drzeworyty. Wzory na dywanach można czytać (o ile się oczywiście potrafi?!) jak rysunki Aborygenów, rytualne malowidła z Tybetu lub mandale usypane z różnobarwnego piasku. Kto wie, co zobaczyły w Galerii kobiety z Azji?
Kiedy Buriatki zabrały się do roboty, kustoszka Galerii wcisnęła (na szczęście !) przycisk "REC" w przenośnym magnetofonie i dzięki temu wszyscy możemy spotkać się z szamankami z rejonu Bajkału.
A skąd nagranie wzięło się w naszej serii? To też dość niezwykła opowieść. Po ekscytującym występie szamanek Pani Urszula poczuła, że muzyka znowu powinna zagościć w Galerii i zaprosiła nas, aby podczas okresowego eksponowania dywanów ze zbiorów Kulczyckich, zagrać koncert. No i koncert się odbył, pewna starsza dama zaskoczyła zebranych recytacją Koranu i pośród tych emocji pokazano nam kasetę z nagraniem gości z Buriacji .Sporo napracowałem się w studiu aby z taśmy wydobyć wszystko co się da - ale było warto.
Płyta nosi numer 010 i wyprodukowaliśmy ją w 2006 roku ale jest nieco poprawioną wersją kasety z serii FLY Music, którą prowadziliśmy w "poprzednim wcieleniu".
Jak pisze profesor Andrzej Szyjewski w książce "Szamanizm" (WAM, Kraków 2005) : ..."Podstawą działalności szamana jest tworzenie odpowiednich i powtarzalnych aktów komunikacji skierowanej ku światu duchowemu". Rytuał szamański ma kilka faz i odpowiadają one etapom wchodzenia w trans. To co znajdziecie na płycie to -według mnie -rytuał oczyszczania miejsca ze złych wpływów i wejście w transowe śpiewy.
A z szamanizmem mamy ciągle kłopoty. W mojej opinii to kłopoty z europejską tożsamością i szybko się nie skończą. W XVII wieku biskupi chrześcijańscy określali Finów szanujących miejscową tradycję zbliżoną do "klasycznego" szamanizmu syberyjskiego jako : " barbarzyńców", "psów i wieprzy" i "szalone bestie"...W tym samym wieku nazywali tradycyjne praktyki Finów jako : ..."sprośne ostatki pogańskiego bałwochwalstwa i czarostwa..."(Mitologia Fińska, PIW 1979). Paleolityczne malarstwo w słynnych jaskiniach Lascaux we Francji przypomina niektórym " ..."katedrę z nawą główną i nawami bocznymi..." a nie ..."wypełnioną dymem norę maga lub czarodzieja" (cytat za tekstem Thomasa A. Dowsona w : Sztuka naskalna i szamanizm Azji Środkowej" Wyd. A kademickie Dialog, Warszawa 1999). Jak pisze ten sam autor :..." Nie dziwi zatem, że stereotypowy wizerunek szamanów i ich aspołecznych i antykulturowych narkotycznych praktyk pasuje doskonale do ludów Azji, Afryki i obu Ameryk, lecz przecież nie do ludów prehistorycznej Europy". Tak więc neoszamanizm ma szansę o ile zwalczy "dzięcięcą chorobę" egzotyczności w kulturze owocującą klubowymi "nocami szamanów"...
To co - posłuchamy "szalonych bestii" ?!?

AUSTRALIA według Marka Tomalika


Oryginalny tytuł płyty brzmi : " Marek Tomalik. Dźwiękowy notes z podróży po Australii" i jest to wybór fragmentów nagrań Marka Tomalika (podróżnika, dziennikarza, długoletniego promotora zespołu Ankh) z jego wyprawy samochodowej "Śladami Strzeleckiego"/ Strzelecki Traces Expedition 2004. Ekipa zapakowana w -bardziej i mniej dziwne- samochody terenowe, próbuje dotrzeć do Góry Strzeleckiego. Podróżowanie po Australii nie jest łatwe a Góra Strzeleckiego wymyka się zdobywcom...
Na płytę składają się trzy fragmenty zapisów dynamicznych rozmów, jakie w czasie jazdy toczyły się z pomocą radiotelefonów, pomiędzy uczestnikami wyprawy oraz dwa nagrania terenowe odgłosów przyrody (ptaki !) Australii. Wyprawa odbyła się jesienią 2004 roku, a półgodzinną płytę wydaliśmy w 2005 roku. Na okładce i wkładce do koperty z płytą znajduje się 6 fotografii z wyprawy siedmiu podróżników i amatorów bezdroży. Więcej znajdziecie na www.australia-przygoda.com
To dość nietypowa płyta w katalogu Flagi Świata ale szanujemy autorskie podejście Marka i Jego koncepcję zwiedzania świata.

MOFETA


Pełny tytuł tego wydawnictwa brzmi : "Dźwięki z głębi Ziemi - muzyka mofety w Złockiem k/Muszyny".
Co to mofeta? -miejsce uchodzenia dwutlenku węgla z głębokich warstw geologicznych. Dwutlenek węgla to gaz nieco cięższy od powietrza, trujący dla człowieka i niebezpieczny, bo bezbarwny i bez zapachu. W naturze wydostaje się przez całe kilometry naszej litosfery, szczelinami skalnymi i najczęściej na końcu łączy się z ujściami wody wzbogacając źródła pękającymi banieczkami i srebrnymi "bąblami". Czasem mamy do czynienia z tzw. suchą ekshalacją dwutlenku węgla czyli zjawiskiem wydobywania się gazu bez pośrednictwa wody. Największa mofeta w polskich Karpatach, będąca zespołem kilku ujść wodnych i suchej ekshalacji gazu, znajduje się na granicy miejscowości Jastrzębik i Złockie ponad Muszyną.
Jeszcze kilka lat temu była to zaśmiecona i porośnięta krzakami "paryja" (to małopolskie określenie na wąwóz utworzony przez niewielki ciek wodny) ale dzisiaj stanowi zagospodarowaną i udostępnioną dla zwiedzających atrakcję geologiczną Gminy Muszyna. Najciekawsze jednak pozostawiam na koniec... każde ujście gazu ma inne brzmienie, a przy wnikliwszym przysłuchiwaniu się odkryć można pewną periodyczność dźwięków i ich głośności. Bulgotanie i odgłos pekających banieczek gazu oraz odgłosy wydobywania się na powierzchnię ziemi kolejnych porcji dwutlenku węgla robią wrażenie, największe tam na miejscu, wystarczy na chwilę posłuchać "gadania" mofety, dochodzącego z kilku różnych miejsc! To naturalny "ambient" o brzmieniu wypracowywanym przez awangardę nowych brzmień w pocie czoła! Przy opracowywaniu opisów stanowiska geologicznego jakim jest dla fachowców mofeta, nadano nazwy kilku ujściom gazu i wykorzystano przy tym skojarzenia dźwiękowe. Mamy więc : źródło "Bulgotka" i "Dychawka", oraz nazwane od charakteru miejsca ujście CO2 :"Zatopione". Wraz z Mirkiem Badurą, wybraliśmy się w październiku 2005 roku na miejsce, aby zanotować cyfrowo te niezwykłe odgłosy. Tak powstała jedna z najciekawszych naszych "Flagowych" płyt o numerze katalogowym 008, wydana jeszcze tego samego - 2005 roku.
Interesujące są dalsze losy tego wydawnictwa. Czując potencjał promocyjny i niezwykłość zapisu dźwięków mofety, zaproponowałem stworzenie z nagrań unikalnego elementu promocji regionu. Dla wytłumaczenia się z kontekstu tej propozycji opisałem wyczerpująco ideę w lokalnym (ale bardzo dobrze wydawanym) "Almanachu Muszyny" (rocznik 2006) i wysłałem próbki do firmy zajmującej się butelkowaniem miejscowej wody... I... NIC! Od załamania nerwowego (traktujcie ten zwrot żartobliwie, bo takie sytuacje przerabiałem już wielokrotnie i posiadam antyciała pozwalające przetrwać...) uratowała mnie krakowska AGH i międzynarodowa konferencja fizjogeograficzna... Naukowcy z całego świata (także z Polski) byli mofetą i płytą niezwykle zainteresowani i leży ona (płyta) na niejednym stole.
Jest jeszcze jeden ciekawy aspekt mofety - odkłada się tam tzw. rudawka, mieszanina glinek i związków żelaza, która jest substancją wyjściową do wytworzenia się naturalnej ochry. Ochra to jeden z najstarszych barwników na świecie. W obiegowej kulturze, ochra kojarzy się ze sztuką Aborygenów i malowidłami naskalnymi. Obecność ochry o pięknym, rudo-brązowym kolorze w okolicach Muszyny, wydała mi się bardzo interesująca. Wiele osób kiwało z powątpiewaniem głowami (kiwanie takie nic nie kosztuje, a sprawia wrażenie głębokiego namysłu i mądrości) i dlatego sprawę drążyłem dalej. Napotkałem w katalogu pewnej niemieckiej firmy, handlującej naturalnymi pigmentami, na produkt o nazwie : ochra karpacka, a jako miejsce pochodzenia podano tam...Polskę! Pobiegłem zaraz do specjalistycznego (he,he,he...) sklepu z naturalnymi pigmentami na krakowskim Kazimierzu i tam zniecierpliwiony Pan (typ : wiem-wszystko-najlepiej-prostaczku) wyjaśnił mi łaskawie, że nie ma takiego pigmentu, a ochra bierze się z pieca hutniczego... Oj nasi specjaliści! Tak więc badania zakończyłem konstatacją, że Polacy malują ochrą z pieca hutniczego (czyli imitacją ochry naturalnej), a na tzw. Zachodzie mogą sobie kupić ochrę karpacką z Polski. Pozostaje otwartym pytanie (dla pana z opisywanego sklepu) z jakich to pieców hutniczych wydobywali ochrę Aborygeni tysiące lat temu?
No cóż, ja maluje piękną ochrą karpacką i jest mi obojętne, że moim współziomkom jest to obojętne... Chciałbym tylko, aby ktoś kiedyś sobie przypomniał te informacje i podane na tacy przez World Flag Records produkty regionalne. Bo kiedyś zostaną one "odkryte" w toku ewolucji społeczności lokalnych.
Bogdan Kiwak pięknie opracował plastycznie płytę, wykorzystując fotografie wykonane przez Bognę Badurę i siebie. Niestety, w chwili kiedy piszę o naszym wydawnictwie, nie ma już "Dychawki"... zniknęła za sprawą zniszczeń, które dotykają periodycznie cały obiekt pomnika przyrody "Mofeta w Złockiem k/Muszyny" za sprawą wrednego charakteru kilku żałosnych ludzi. Kilka tygodni temu nasłuchując uważnie odnalazłem jej inne usytuowanie ale podczas późniejszych odwiedzin tego miejsca przez Mirka Badurę sucha ekshalacja w tym miejscu nie była słyszalna. Mamy "rękę na pulsie" karpackiej mofety i znowu kiedyś uzupełnimy bank nagrań o westchnienia i oddechy z wnętrza Ziemi... W studiu próbki dźwięków mofety wykorzystaliśmy na naszych regularnych płytach : "Mirrors" (www.vivo.pl) oraz w stanie naturalnym i przetworzonym w interesujące "drony" i środowiska dźwiękowe, także w innych nagraniach i wydawnictwach, np. na "Cyber Totem" i na dvd pt. "Kompromis".

sobota, 20 grudnia 2008

KORSYKA


Kiedy wczesnym rankiem z mgieł wyłaniał się port w Basti na Korsyce, zrozumieliśmy, że to nie sen i naprawdę za chwilę posmakujemy tej wyspy na granicy światów. Wszystkie następne dni były fascynujące i to z kilku powodów. Po pierwsze pracowaliśmy w bardzo interesującym zespole artystów, złożonym z Francuzów, Korsykanów, Austriaków, Kanadyjczyka, Polaków. Byliśmy muzyczną częścią ekipy Teatru Łaźnia Nowa, pod wodzą jego reżysera i dyrektora, Bartka Szydłowskiego. Ale w naszej ekipie była także Alicja, doskonała i bardzo miła aktorka Teatru Starego oraz Kuba, aktor, muzyk i malownicza postać krakowskiego undergroundu. Polski team uzupełniała pewna młoda dama. Już ten zbiór osobowości dostarczał niezapomnianych doznań i doświadczeń!
Zamieszkaliśmy w kamiennej wiosce - St. Antonino, na szczycie sporej góry z widokiem na pocztówkowy błękit Morza Śródziemnego... Nasza praca nie była łatwa gdyż troje reżyserów (Kanadyjczyk, Austriaczka i Polak) w pocie czoła (w przenośni ale i dosłownie - bo czerwcowe upały każdego dnia przynosiły temperatury ok. 35 stopni C) pracowało nad plenerowym spektaklem. Od rana do wieczora biegaliśmy z instrumentami (fujara pasterska, didjeridu, harmonium, gongi itd.) w pełnym słońcu i graliśmy w kilku zmieniających się częściach spektaklu, raz na dachu, drugi raz na schodach kościółka a innym razem na urwistej ścianie skalnej. Ale były też wyprawy na plażę, piękne wejście wysoko w góry i trasa trekkingowa w pigułce. Odwiedziliśmy też kilka miejscowości i wspaniałe muzeum kultury i historii Korsyki.
W naszym zespole znalazła się Anna Pellegrini. W projekcie zajmowała się filmową animacją ale szybko odkryliśmy, że gra tradycyjną muzykę korsykańską i dobrze zna się na miejscowych instrumentach muzycznych. Kilka z nich zaprezentowała i mogłem spróbować swych sił w grze na nich. Kamienna wieś i nasze mieszkanie, po części wykute w skale (nie mieszkaliśmy w hotelu ale w mieszkaniach przekazanych nam na czas projektu ) to osobny rozdział naszej wyspiarskiej przygody. W mieszkaniu było wiele tradycyjnych przedmiotów ale moją uwagę przykuły dwa z nich : wielkie konchy, na Korsyce to sygnałowy instrument pasterski oraz wielkie rogi dzikiej, górskiej kozy - imuwrini! Wieczór przynosił ulgę (zaledwie 25 stopni...) i mogliśmy obserwować tradycyjne korsykańskie śpiewy i kulturę wina oraz... wspaniałego jedzenia. Nawet nie zaczynam tego opisywać, może kiedyś znajdę czas i skończę "Drugie ucho yaka - od Jokkmokk do Mt. Shasta", bo tak by się ta książka musiała nazywać?!
Dużo filmowałem, sporo nagrywaliśmy i po powrocie udało się w studiu przygotować ciekawą płytę. Zawiera 18 części i ma blisko 36 minut. Pierwsze 9 części to solowe improwizacje na fujarę pasterską lub / i głos. Nie mogliśmy nie zauważyć wspaniałej akustyki starego miejscowego kościółka pod wezwaniem Anny od Pasterzy (!) i odbyliśmy tam kilka porannych sesji. Porannych dlatego, że tylko bardzo wcześnie rano był wokół kościoła spokój i temperatura pozwalała na dodatkowy wysiłek. Dzięki tym wyprawom miejscowi zaczęli mówić nam "dzień dobry" i poczuliśmy pewną dozę sympatii i zainteresowania, co na Korsyce nie jest normą wobec tysięcy turystów zaglądających w każdy kąt i nachalnie fotografujących wszystko i wszędzie. Część 10-siatą tworzy fragment rejestracji nocnego pojedynku śpiewaczego z miejscowej knajpy. Chcieliśmy autentycznego pojedynku, a nie wakacyjnego popisu dla turystów i mimo, że wcale nie jest łatwo takie śpiewy usłyszeć - udało się! Ostatnie 8 części to prezentacja korsykańskich instrumentów dętych : cialamella, pirula, pivana, koncha i różne wersje pivana czyli fletów wykonanych z rogów kozich.
Nasza KORSYKA (nagrana i wydana w 2005 roku) jest więc zapisem interesującym dla badaczy tradycyjnych instrumentów muzycznych i muzyki ale także dla ceniących improwizację w niezwykłych warunkach akustycznych i psychicznych : krajobraz Korsyki wyzwalał w nas nieznane dotąd obszary wyobraźni i pozostaje jednym z najbardziej inspirujących. Wydawnictwo uzupełnia kilka moich fotografii : kościółek w St.Antonino, Anna Pellegrini prezentująca cow pivana, Anna Nacher w kamiennej wiosce i ja grający na korsykańskiej trąbce sygnałowej (koncha) ... na Korsyce oraz na fujarze pasterskiej ...w Karpatach. Fotografia na okładce mówi wiele o miejscu naszej pracy.
O wyprawie na Korsykę napisałem tekst do Pisma Folkowego i szykujemy się do zmontowania filmu z wielu godzin rejestracji.

środa, 17 grudnia 2008

MONASTER RILSKI Bułgaria


Bułgaria jest dla nas fascynującym krajem i z wielką przyjemnością odwiedzamy ją od wielu lat. Dylemat : góry czy morze ? rozwiązujemy ostatnio na rzecz gór. A gór w Bułgarii jest dużo.... od Starej Planiny (czyli Bałkanu) poczynając, a na Strandży - pod granicą turecką - kończąc. Pomiędzy nimi są góry Riła, Piryn i Rodopy...i wiele innych, mniejszych pasm. W Bułgarii znajduje się Musała, najwyższy szczyt Półwyspu Bałkańskiego (ma blisko 2.925 m n.p.m.) leżący w Rile oraz zbudowany z białego marmuru, święty szczyt Pirynu - Wihren (2914 m n.p.m.), zwany też Tronem Peruna, który już podziwiałem trzykrotnie. Rodopy i niezwykły Piryn odnajdujemy w mitologi greckiej jako tło historii Orfeusza i opowieści o "Górach Białych" (od lśniącego w słońcu białego marmuru). Dla muzyków jest to kraj niezwykle interesujący, łączy wiele wpływów : azjatyckie korzenie Bułgarów (z racji pochodzenia i kilkuset letniej dominacji tureckiej) z mocnym elementem słowiańskim, pochodzącym z czasów kiedy to Słowianie (tak, tak!) podbijali nawet wyspy Grecji. Bardzo ciekawe są w Bułagarii dzieje pustelników i założycieli klasztorów. Przybywali na te tereny (nie wiadomo skąd?) i zakładali pustelnie. Tak było w przypadku Jana z Riły (Iwan Rylski), mnicha eremity i patrona Bułgarii. Osiedlił się w jaskini na zboczu masywu Maljovicy ( 2 729 m n.p.m.) i przeżył tam swoje życie w ascezie i medytacji. Jaskinia ma dość spore wejście i wznosi się stromo ku lokalnemu grzbietowi, rodzajem komina czyli wąskiego i stromego wyjścia w górnej części korytarza. Otwór wyjściowy jest tak wąski, że do próby przejścia należy zdjąć plecak. Około sto metrów od jaskini znaleźć można mocne źródło chłodnej wody, a ponad nim znajduje się zadziwiająca skała w kształcie wielkiego fotela. Na skale tej medytował w samotności późniejszy święty. Miejsce to znajduje się około 4-5 km od najsłynniejszego klasztoru Bułgarii - Rilskiego i wiele osób nawet o nim nie słyszała. Klasztor został założony w 100 lat po śmierci Jana eremity na pamiątkę jego niezwykłego życia. Jan pozostawił po sobie coś na kształt ideowego testamentu, który zaczyna się zupełnie tak samo jak podobny w charakterze tekst przypisywany innemu eremicie i świętemu, w innych górach - Milarepie. Początek w jednym i drugim przypadku jest taki : Żyłem tu sam pod osłoną nieba, Ziemia była moim schronieniem a otaczały mnie dzikie zwierzęta.... Pierwsza moja wizyta w Klasztorze Rilskim pozostała na zawsze w mojej pamięci gdyż trafiłem bez przygotowania i właściwie przypadkowo (?) na ranne obrzędy z użyciem akustycznych desek, metalowych sztab i dzwonów oraz niezwykłego śpiewu. Wrażenie wyniesione z tej wizyty wielokrotnie powracało do mnie w Himalajach podczas wizyt w tamtejszych klasztorach. Po latach udało mi się zarejestrować na video obchodzenie cerkwi na podworcu Klasztoru z akustyczną deską, a Ania nagrała ten rytuał. Udało sie nam także zarejestrować śpiewy we wnętrzu klasztoru podczas największego święta tego klasztoru, które obchodzi się każdego roku we wrześniu. To był wrzesień 2004 roku i święto uświetnił swym udziałem Patryjarcha Maksym. Z tych materiałów zestawiliśmy ok. 40 minut śpiewu mnichów oraz ok. 3 minut z rytualnego obchodzenia cerkwi z ręczną deską-gongiem. Drewniane kłody i metalowe sztaby podwieszane oraz ręczne deski liturgiczne znajdowaliśmy także w Grecji (Meteory) i klasztorach na terenie Rumunii. Znane są światu raczej ... z buddyjskich klasztorów i sal medytacji z Chin, Korei i Japonii jako -chan- czyli dzwon. Skąd się wzięły w monastycznym chrześcijaństwie wschodnim ? Płyta jest cenna gdyż obecnie nagrywanie, filmowanie i fotografowanie nie jest możliwe bez specjalnego zezwolenia. Do oprawy plastycznej wydawnictwa Bogdan Kiwak wykorzystał nasze fotografie : mnichów na klasztornym podworcu, widoki klasztoru, motyw z jednej ze ścian klasztoru oraz wizerunek Jana z Riły i fotkę Ani i mnie na szczycie Vihrena. Płyta ma numer katalogowy : 006 i ukazała się w 2005 roku.
W 2008 roku udało się nam wyprodukować kilkunastominutową relację z wizyty w Klasztorze Rilskim oraz relację filmową z późniejszej o tydzień wizyty w klasztorze Rożeńskim (u stóp Pirynu, w pobliżu Melnika). Udało się nam tam zarejestrować poświęcenie wielkiej ikony Matki Boskiej (wynoszonej raz w roku na zewnątrz cerkwi!) oraz sceny z rytualnego dzielenia się chlebem i winem we wnętrzu cerkwi. Jest to relacja cenna od strony etnobotanicznej ale także muzycznej. Film w najbliższym czasie obublikujemy we fragmentach w sieci i jako osobne wydawnictwo dvd.

piątek, 12 grudnia 2008

Vlastislav Matousek & Projekt Karpaty Magiczne


To piąta i bardzo ważna płyta w serii WFR. Opublikowaliśmy ją w 2005 roku i należy do najdłuższych wydanych dotąd...ma 60' 36 minuty! Zawiera obszerne fragmenty wspólnego koncertu KM i czeskiego wirtuoza shakuhachi - Vlastislava Matouska jaki zagraliśmy 18.03.2005r. Shakuhachi (wymawia się : siakuhaci) to japoński flet bambusowy służący niegdyś wyłącznie do medytacji z dźwiękiem. Wyrób i skodyfikowana technika gry zastrzeżona była dla mnichów buddyjskich...którzy wywodzili się z samurajów. To długa i ciekawa historia, której zbadanie bardzo polecam. Flet obecnie należy do arystokracji instrumentów i jest niewielu ludzi, którzy grają na nim w tradycyjny sposób. Trudne zadęcie, wysoki koszt dobrego instrumentu i mała liczba nauczycieli rezydujących głównie w Japonii sprawiło, że flet ten nie stał się pupilkiem klubowej popkultury. Tradycyjna muzyka medytacyjna honkyoku na shakuhachi jest antytezą obecnego repertuaru radiowego. To postrach komercyjnych rozgłośni! Koncert był zatytułowany "Wspólna przestrzeń medytacji", odbył się z krakowskim Centrum Sztuki i Techniki Japońskiej -manggha- (obecnie Muzeum -manggha-) i zgromadził wspaniałą publiczność. W niespełna dwa lata po pierwszym koncercie, 19 stycznia 2007 roku zagraliśmy w podobnym składzie tzw. "drugi koncert w -manggha-" pt. " Sabi, Wabi, Sibui" (to pochodzące z estetyki japońskiej określenia stanów psychicznych pomiędzy melancholią a smutkiem...) i zarejestrowaliśmy go podwójnie : ze stołu mikserskiego reżyserki sali koncertowej oraz bezpośrednio z sali (minidisc). Ze studyjnej kompilacji tych nagrań powstała płyta zatytułowana : "Sambucus & Ginko" (od łacińskich nazw bzu czarnego - Sambucus nigra i Miłorzębu chińskiego - Ginkgo biloba, który w Japonii sadzony jest przy świątyniach buddyjskich) i wydana wiosną w Anglii przez małą oficynę Reverb Worship (www.reverbworship.com).
"Pierwszy koncert" różni się zasadniczo od "drugiego koncertu w -manngha-"gdyż zawiera obok części zagranej wspólnie kilka tradycyjnych kompozycji na shakuhachi solo. Program wydany w Anglii (i zyskujący świetne recenzje poza naszym krajem !) obejmuje wyjątkowo mocne brzmienie Karpat Magicznych z udziałem Vlastislava Matouska i znajdziecie tam ostre improwizacje gitarowe na tle dronów z albumu Cyber Totem, całkowicie natchnione improwizacje wokalne Anny i ciekawą wersję utworu Fat Moon. Obydwie płyty są wydane w okładkach przygotowanych przez Bogdana Kiwaka, na których wykorzystał on tradycyjną, karpacką ikonografię solarną oraz zapis (tabulaturę) utworów medytacyjnych na flet shakuhachi. Zapis sporządza się z góry na dół i od prawej do lewej... Na opracowanie czekają materiały dvd z kilku koncertów z udziałem Vlastislava. Wyobraźcie sobie jak ubrany w czarne kimono, boso i w koszu tengai na głowie, grając na bambusowym flecie sunie powoli po zaśnieżonym chodniku przy ulicy Pijarskiej zmierzając do wypełnionego po brzegi kościoła ewangelickiego aby dać solowy koncert! Po tym "spacerze" Vlastislava, miejscowi menele przestali rzucać kamieniami w okna naszej galerii... Muzyka łagodzi obyczaje!

niedziela, 7 grudnia 2008

Euscorpius Carpathicus Concert


Z każdym rokiem płyta nabiera wartości dla tych, którzy chociaż trochę orientują się w dziejach muzyki niezależnej w naszej części Europy. Ale aby uznać, że coś niecoś wiemy na ten temat musimy znać Wojcka Czerna i jego Obuh Records oraz pamiętać Jego analogowe studio pod Lublinem... W tym studiu nagraliśmy jeden z bardziej lubianych materiałów Karpat Magicznych pt. Euscorpius carpathicus (tytuł płyty to łacińska nazwa jedynego skorpiona, który występuje w Karpatach). Studio Wojcka było niezwykłe pod każdym względem : całkowicie analogowe, położone na wsi, duże i... trudne. Rejestracja na tzw. szerokiej taśmie bez możliwości poprawiania, podstawiania i uzupełniania jest trudna techniką wymagającą dużej sprawności od muzyków. Sesja w studiu Wojcka była fascynujaca gdyż studio było pełne wysmakowanych urządzeń pogłosowych, analogowych syntezatorów (w tym Moog'a !) i wielkich mikrofonów. Nagrywaliśmy w klasycznym składzie : Ania, ja i Tomek Radziuk na basie. Od początku planowaliśmy, że Wojcek dogra partie syntezatorowe i zmiksuje całość. Sesja i późniejsze prace poszły dobrze i w efekcie w OBUH Records wyszedł pięknie wydany album Euscorpis carpathicus (okładkę zaprojektował wg. mojego pomysłu Tomek Bereziński) oraz jego vinylowa wersja LP, z inną okładką. W tym okresie zagraliśmy kilka koncertów z udziałem Wojcka. Jednym z nich był niezwykły, bardzo kameralny i zupełnie magiczny w nastroju koncert w Lublinie. Zagraliśmy w składzie : Ania, ja i Wojcek. Wybrałem ok. 37 minut z nagrania jakie sam wykonałem na naszym małym magnetofonie DAT i w 2004 roku płytka pokazała się w ramach naszej serii WFR.
No i tu pewne zaskoczenie...to płyta, która ciągle umyka jakoś zainteresowanym ? A może wiedza o naszej scenie muzyki niezależnej to coś co ogranicza się do kilku osób?! A Wojcek pokazał, że jest przednim muzykiem i jego syntezatorowe granie okazało się bardzo interesujące. Dla tych, którzy mają/znają regularną płytę może być interesujące posłuchanie jak Wojcek improwizuje. Wszyscy, którzy z nami kiedykolwiek grali wiedzą, że dajemy każdemu wolną rękę....do bólu wolną! Tym razem było warto. Na okładce płyty Bogdan umieścił fotografię Karpat Magicznych w maskach i "szlaczki" z reprintu bardzo starej książki o Tybecie. Fotka była zrobiona w Galerii Stary Dom, nad nami wisiał gong, który jest teraz w rękach Jacka Bożka ... inne czasy.